No właśnie. Nadchodzi taki dzień gdzie mój umysł się zbuntuje i rzucam palenie, jestem przeciwna i się trzymam w swoim zdaniu pewnie.... po kilku godzinach moja siła woli słabnie i dochodzą myśli "..a może by tak jednego...", a potem taki bunt ".. a dlaczego ja mam rzucać, przecież ja lubię sobie zapalić..." I z mojego rzucania nici. I to jest to, że też lubię sobie usiąść przed blokiem z tym nieszczęsnym papieroskiem, albo przy piwku... a już nie obiecuję sobie, że rzucę. Może kiedyś naprawdę się zbuntuję i dam radę... Zdaję sobie sprawę, że truję organizm, wyrzucam pieniądze w błoto, że to jest bez sensu i kiedyś wyjdzie, ale jakoś nie bardzo mnie to przekonuje. Nauczylam się palić mając 19 lat... chciałam zobaczyć co w tym widzą koleżanki. Chodziłyśmy na babskie spotkania i takim sposobem weszło mi w krew palenie.